Processed with VSCO with a9 preset

Wychodząc poza schemat.

Przyznam, że zdjęcia które Wam publikuję stały się motorem napędowym do napisania tego tekstu, a bardziej nawet nie same zdjęcia a stylizacja i towarzyszący jej bukiet. Bo patrząc na te kadry zaczęłam zastanawiać się nad sobą, nad swoim charakterem i osobowością. Nad tym, co lubię, a czego nie lubię i oczywiste wnioski pojawiły się jak na dłoni. Nie lubię schematycznego podejścia. I zdaje się, że od zawsze.


Processed with VSCO with a9 preset


Bo od zawsze ciągnęło mnie do innych rzeczy. Nie mówię, że jestem jakimś odjechanym freakiem i dziwadłem. Skądże. Ale po napisaniu bajki na wzór Puchatka w podstawówce, co wykryła moja Mama, dostałam ochrzan i musiałam pisać bajkę na zajęcia na nowo, nie pamiętam przypadków, bym szła w czyjeś ślady, tak bardzo do bólu, że aż zbyt podobnie i za mało po swojemu. Okej, w gimnazjum przypominałam dziwadło, bo potrafiłam ubrać się od czapy. Serio. Czasem sama się później zastanawiałam co mi strzeliło do głowy, ale w momencie, gdy wychodziłam tak ubrana do szkoły, byłam przekonana, że wyglądam stylowo i co najważniejsze – inaczej niż reszta. Z pewnością inaczej, bo drugiej takiej żaby na korytarzy nie było. Zielona bluzka z długim rękawem, szara spódnica bombka, zielone trawiaste (jak bluzka) kryjące rajstopy i buty Nike na rzepy. Do dziś pamiętam ten look. Znajomi pewnie wstydzili się jeździć ze mną autobusem. No trudno!

W gimnazjum nosiłam też jeansy dzwony z motylem na tyłku, moja Mama uznawała je za odlotowe, ja również, Babcia już niekoniecznie, ale jej zawsze mówiłam: „Babciu, Ty się nie znasz.”. Prawda jest taka, że słyszała to ode mnie z tysiąc razy w życiu. I prawda jest taka, że na modzie to się naprawdę nie zna, a mnie, nastoletnie dziecko, najchętniej ubierałaby w garsonki. Kurtyna. Jak na tamte czasy, możliwości pieniężne moich Rodziców i paczki ze Stanów od Wujka po Kuzynce, myślę, że nieźle wydziwiałam. O ile moja wcześniej już wspomniana Babcia nie oddała tych fajniejszych ubrań sąsiadce za płotem, bo uznawała je za „mniej ciekawe” i z reguły padało „nie sądziłam, że będą Ci się podobały”, a ja zawsze wtedy rzucałam „przecież te ubrania są odlotowe” na widok jakiejś jednej ostatniej wyszperanej w kartonie bluzki z czaszką, która się gdzieś zawieruszyła wśród wcześniej wspominanych garsonek i Babcia jej nie zauważyła, a gdy ją pokazywałam z euforią wypisaną na twarzy, rzucała „ubrań w takim stylu było więcej, ale oddałam”.

„BAAAAABCIUUUUUU….”.

Jak się domyślacie, dostała ode mnie zakaz przeglądania ubrań beze mnie i konieczność wykonania telefonu, gdy tylko przyjdzie jakaś paczka. Obiecywałam, że przylecę jak najszybciej – w końcu do Babci mam 5 minut piechotą. I dzwoniła, ale wcześniej i tak przeglądała i selekcjonowała po swojemu, ale mniej przede mną ukrywała, choć domyślam się, że część ubrań, które jej się definitywnie nie podobały i tak trafiały do sąsiadki. Jak to mówią „czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal” i tego się trzymałam.


Processed with VSCO with a9 preset

Processed with VSCO with a9 preset


W liceum weszło większe kieszonkowe, a z tym wiązało się większe oszczędzanie a później większe wydawanie kasy podczas wyprzedaży na ubrania. Ukochałam sobie wtedy Mango, choć zdecydowanie było ponad mój wiek i wyglądałam jak stara młoda, ale jak zwykle – kombinowałam. By było ciekawie i inaczej. Miało być stylowo. I co prawda, na tamte czasy może i było, bo jakieś komplementy zgarniałam. Od osób, które same zaczynały być zakręcone na punkcie mody. To było dorastanie i chęć wyglądania naprawdę fajnie, a nie konieczność pokazania się, bo wtedy jeszcze nie wiedziałam o czymś takim jak portale, gdzie publikuje się własne stylizacje. Słyszałam coś o blogach, ale opierały się one wtedy na pisaniu niż pokazywaniu się. Nawet chciałam mieć własną stronę (to jeszcze w gimnazjum), ale technicznie temat mnie przerastał, a że zawsze byłam leniuszkiem i nie chciało mi się czytać jak coś zrobić, zatem odpuściłam. Czasy Facebook’a i Instagram’a pojawiły się jakoś późno, bo wcześniej dominowało Grono i Nasza Klasa. Aż trudno sobie wyobrazić tamte czasy, nawet gdy się w nich żyło, a tych miejsc raczej nie kojarzę z pokazaniem stylu, a facjaty, by padło w ocenie 10 gwiazdek i może jakieś wyjście z nowym chłopakiem do kina, bo parku wtedy nie lubiłam. O zgrozo, bo teraz jestem prawie na każdych zdjęciach w tym miejscu.

Także ubieranie się nie było wtedy na pokaz w Internecie. Wiecie no, dalej w sumie u mnie nie jest, bo bloguję nie na tyle często, co podnoszę tyłek z łóżka i działam. Ale lubię to zajęcie, dlatego też do niego ciągle wracam – bez szczególnych korzyści. Czyli, przemawia pasja.

Ale, wróćmy do tematu ubierania się. To się po prostu robiło szał przed sobą i znajomymi. Albo obcymi, którzy mogą stać się znajomymi. Wtedy miałam różne skłonności. Kręciła mnie nawet klasyka, której nie umiałam nosić, także klasycznie kończyłam w cekinach. Jakby ktoś mi je przypisał przy akcie narodzenia. Muszę podpytać Mamy, czy nie narodziłam się z cekinów, bo coś mi tu zwyczajnie nie pasuje. Albo jestem skazana na życie w bogactwie i przepychu, a to jest słodkie preludium. Albo na odwrót. Maksimum mojego bogactwa. Na chwilę obecną – z pewnością.

Ale jeszcze wróćmy do tych licealnych czasów, tylko na chwilę, chwiluńkę. Nie powiedziałabym, że miałam wyrobiony styl, bo to był bardziej kicz. Choć kicz też można określić mianem stylu i na dodatek podał się nie tylko mi, ale i innym, także coś w tym musiało być. Na 100% inne czasy. W końcu to było na przełomie 15 lat wstecz. Wierzcie mi, nie wiem kiedy to zleciało. I nie mogę uwierzyć, że jestem taka stara, bo przeskoczyłam nawet przez granicę „Gdzie widzisz siebie za 10 lat?”. Zdaje mi się, że nie wiedziałam, że gdzie widziałam, dlatego skończyłam jak skończyłam.


Processed with VSCO with a9 preset


Nie wiem, czy kojarzycie mema, jak rodzice dają dziecku pieniądze i mówią „masz, nie przepierdol na głupoty”, to ja właśnie tak o sobie dziś myślę. Że byłam takim dzieckiem, które może nie wydawało hajsu w szkolnym sklepiku na zupki chińskie. Wolało się ślinić na widok zupki koleżanki, głód od zapachu ściskał żołądek, ale te 2,5 na nową torebkę zawsze było w kieszeni. Ach, ale te czasy nauczyły mnie oszczędzania. Oszczędzania, które świetnie wychodziło mi do momentu wyprzedaży. A później, jak zamieszkałam z Miśkiem, to nawet na wyprzedażach sobie świetnie radziłam. Do momentu aż zajęłam się kwiatami. Teraz przepierdalam hajs na badyle, mówiąc sobie „inwestuję we własny biznes”. Dla jasności, tak też tłumaczę zakup każdej nowej sukienki czy torebki, wierząc że będzie ze mnie jeszcze wielka blogerka modowa.

To marzenie ciągnie się tak od 8 lat. Tak, na studiach, po pierwszym roku postanowiłam, że założę bloga. Tę historię pisałam już niejednokrotnie, dlatego płynąc prosto do brzegu daruję sobie wspomnienia jak to się stało, że w ogóle znalazłam się w sieci, ale znalazłam. Z wizją, że będę pokazywać swój styl, inspirować miliony dziewczyn i prowadzić życie godne blogerki modowej. W sumie, w tamtych czasach można było śmiało się zapytać: czyli jakie?! Bo w sumie, to teraz wiadomo, że z prowadzenia bloga można godnie żyć, ale 8 lat temu, to nawet nie było czegoś takiego jak barter.


Processed with VSCO with a9 preset


Obiecuję, to już ostatnie akapity tego wpisu!

Blogowanie z pewnością pomogło mi odnaleźć mój własny styl, wypracować go i sprawić, by stał się czymś osobistym. By mówił za mnie, by nie był kopią innych, by prowokował do wypowiedzi: „fajnie wyglądasz, ale ja bym się tak nie ubrała”. I to jest największy komplement. Zrozumiałam, że szczególnie zależy mi na indywidualności, poczuciu własnej indywidualności, nawet gdybym miała trafiać tylko do pojedynczych jednostek. To blogowanie pokazało mi jak ważne jest moje własne ja i moja osobowość, szczególnie w momentach, gdy blogi zaczęły pojawiać się jak grzyby po deszczu, a niektóre dziewczyny różnić jedynie nazwą. Później pojawił się Instagram, nowa przestrzeń do popisu, która z czasem zaczęła nabierać jednorodnego wydźwięku, gdzie zatraca się tą indywidualność, o którą się tak rozchodzi. Dlatego nieustannie pragnę być sobą, mimo że nie trafiam stylem do większego grona, nie mam pastelowych kadrów oraz nie korzystam z modnych filtrów.

Czuję dzięki temu, że nie zatracam siebie. Że jest w tym wszystkim ciągle miejsce na moją wizję. Jak ja to wszystko chcę przekazać, nie patrząc na to, czy to się spodoba mnóstwie osób, czy tylko pojedynczym jednostkom. Wychodzę z założenia, że musi spełniać moje oczekiwania, bo ja jestem artystą w tym teatrze, który sama tworzę. 


 sukienka Tova | sweter i torebka Zara

bukiet: moje Krzaki i badyle 


 

Processed with VSCO with a9 preset

Comments

comments

Dodaj komentarz