Processed with VSCO with a9 preset

Historia o dziewczynie, która pragnęła iść własną drogą.

Gdyby ktoś, ktokolwiek, 10 lat temu powiedział mi, że będę inspirować ludzi najpewniej bym powiedziała, żeby stuknął się w głowę, bo…

Dekadę temu idąc do liceum zakładałam, że będę ekonomistą. Najlepiej menadżerem. To takie super stanowisko, choć jeśli mam być szczera, mając 16 lat guzik o tej pracy wiedziałam. Ale profil na wzór ekonomicznego w liceum wybrałam. Myślę, że ogólnie mało wiedziałam wtedy o życiu. Po części byłam tego świadoma, szczególnie jeśli chodziło o tematy, które wydawały się niewiadomą, ale po części – jako typowy osobnik wieku nastoletniego, byłam przekonana, że o życiu wiem już wszystko. Błąd. Ale każdy z nas go popełnia.

Po pierwszym roku w liceum doszłam do wniosku, że będę jednak architektem. Znikąd mi się to nie wzięło. Tata po architekturze – gen w dziecku pozostał. Dodatkowo dorastałam przy jego projektach na uczelnie i innych wymysłach. Do tego doszło budowanie miast z klocków – ulubiona zabawa gdy byłam dzieckiem, a gdy nieco podrosłam – przeglądanie katalogów z gotowymi projektami domów. Nie wiem, jak wpadały w moje ręce, ale jak wpadały, to inspirowały. Tak doszłam do wniosku, że mój własny dom zaprojektuję JA SAMA. Rysować umiałam, także wszyscy zgodnie w rodzinie stwierdziliśmy, że powinnam sobie poradzić na architekturze. Dwa lata rysunku, matura, egzaminy na studia i ta najważniejsza na tamten moment informacja: dostałam się na studia architektoniczne w Białymstoku. Nie wiedziałam jeszcze co mnie czeka na studiach. Nie wiedziałam, co mnie czeka po studiach.

Pierwszy rok to była jakaś abstrakcja. Zadania dalece odbiegające od tych typowo projektowych, ale okej, nie ja tu jestem wykładowcą. Jak się okazało – całe studia (z tego co mówią znajomi) dalece odbiegają od rzeczywistej pracy w biurze projektowym. Nie wiem, nigdy nie pracowałam, ale wierzę im. Wróćmy jednak do pierwszego roku studiów, a bardziej do jego ostatnich tygodni. Z Polą, moją przyjaciółką, z którą wtedy po prostu dobrze trzymałam, bo kojarzyłyśmy się z liceum, a poznałyśmy się na zajęciach z rysunku, sporo gadałyśmy o rzeczach typowych w przypadku dziewczyn – czyli kosmetykach i modzie. Blogi dopiero raczkowały, fotografowanie stylizacji było wtedy czymś zupełnie nowym, a strony zalewały inspiracje głównie zebrane w sieci. Mimo tego, zdecydowałyśmy się na założenie własnego bloga. Wtedy powstała Neonowa Strzała. Nazwa miała być oryginalna i nietypowa, miała kojarzyć się z nami i wyszło. Zawsze miałam skłonności do niecodziennego podejścia. Ale co dalej?


Processed with VSCO with a9 preset


W dalszym czasie spokojnie sobie studiowałam, poznając tajniki architektury jednocześnie tworząc bloga w momentach, w których nie musiałam klikać projektów, bo już na drugim roku do gry weszły działania na komputerze. Z czasem zaczęłam tworzyć bloga nawet w momentach, gdy powinnam była tworzyć projekty, bo zwyczajnie zaczęło mnie to bardziej kręcić. Blogi stawały się coraz bardziej popularne i mało tego, z prowadzenia bloga, jak się było w tym dobrym, można było wycisnąć chociażby ubrania w barterze. Później blogesfera nabrała niezłego rozpędu, cenieni blogerzy w branży zaczęli podejmować płatne współprace, co sprawiło, że sama zaczęłam snuć pierwsze marzenia o utrzymywaniu się z bloga, a nie architektury, która powoli przestawała dawać mi radość. Pierwsze, co zauważyłam, to to, że brakuje mi do niej cierpliwości (najważniejsze!). Drugie – nie jestem w stanie udźwignąć takiej odpowiedzialności (co prawda, tej świadomości nie uczą na studiach, ale trzeba być marzycielem lub ignorantem rzeczywistości, by nie zdawać sobie sprawy z tego, że ten zawód wiąże się z ogromną odpowiedzialnością). Trzecie – brak mi do niej fantazji, której zaczynałam mieć coraz więcej w blogowaniu. Pokładałam w tym swoje prawie całe działania, wierzyłam mocno w sukces i nieustannie na niego pracowałam. Z indywidualnym podejściem, bo na punkcie indywidualizmu miałam świra (zresztą dalej mam). Niosło to za sobą różne wyróżnienia w sieci, ale rozwój z takim podejściem nie nabierał wtedy rozpędu. Ale, o tym zaraz, wróćmy do studiów.

Jak się domyślacie – nie byłam stypendystką. Nie byłam, bo ceniłam sobie radość z życia, dlatego do projektów podchodziłam coraz bardziej po macoszemu. Oczywiście, ładnie wykończone projekty mnie jarały i starałam się, aby miało to jakiś poziom, ale wierzcie mi, wiedziałam też że nie trzyma to poziomu niektórych znajomych z roku. Nie przejmowało mnie to szczególnie, bo architektura powoli stawała się planem awaryjnym, a to blog miał mi dawać tę radość życia, a przy okazji zarobki. Obroniłam inżyniera, na magistra poszłam z musu. Aby mieć papier. Aby nie mieć zamkniętej ścieżki, jeśli mi się odwidzi aktualny plan na życie. Bo część z Was pewnie nie wie, ale aby móc podpisać własny projekt, trzeba mieć uprawnienia, a uprawnienia można zacząć robić dopiero mając na koncie magistra. Tak z musu i mądrości, która jeszcze gdzieś przeze mnie przemawiała – tytuł zdobyłam. Jednocześnie zamykając cały etap związany z architekturą. 


Processed with VSCO with a9 preset

Processed with VSCO with a9 preset


Radość ogromna nastąpiła w moim sercu. Poczułam dziwną wolność i pokłady energii do rozwoju bloga. „Teraz to go dopiero rozwinę.”. Marzenia były, gorzej z podejściem. I nie, nie chodziło o brak motywacji. Ale o ten indywidualizm. O to, że słuchając każdej rady, kręciłam głównie nosem i mówiłam „nie chcę być jak masa„. Bo kroki, które podpowiadali mi różni ludzie wiązały się z pójściem za tłumem. Co tu się dziwić, Robert Kiyosaki powiedział: „Jeśli chcesz gdzieś dojść, najlepiej znajdź kogoś, kto już tam doszedł.”. Słuszne słowa i masa zachowywała się wzorowo, ja miałam setki jak i nie tysiące przykładów jak postąpić, by wkroczyć na wyższy level. Ale moje poczucie indywidualności było najsilniejszą blokadą. Może za wcześnie postanowiłam sobie, że będę inna niż wszyscy. Choć po części jestem taka sama jak część innego społeczeństwa. I tak naprawdę – to żadne postanowienie a coś, co wypływa prosto ze mnie. Coś, co sprawia, że gdy  momentami postępuję jak reszta wpadam w poczucie winy. I słusznie, bo działania w zgodzie z samą sobą stawiałam zawsze na pierwszym miejscu. Nie odniosłam dzięki temu wielkiego blogerskiego sukcesu, odniosłam za to osobisty sukces. Zdałam test na autentyczność. Moja wewnętrzna postawa wypierała wszelkie marketingowe działania. Odbierałam je za sztuczne i pewnie dlatego marzenia o utrzymaniu się z bloga są dalej marzenia. Myślę, że żaden marketingowiec nie pochwalałby mojej postawy i działań z nią związanych, dlatego ciężko mi momentami pomyśleć, że chciałam iść na ekonomię. Ale jak już wspomniałam – mało wiedziałam o życiu, ale jeszcze mniej wiedziałam o sobie. Lata pracy nad blogiem, który do dziś dnia nie stał się platformą na której królują reklamy, a wciąż ja jestem tu najważniejszą osobą otworzył mi oczy na kilka kwestii. W życiu liczy się indywidualizm i autentyczność. I jak się okazuje, osiągam to dzięki swojej kreatywności, która we mnie siedzi. Słaby ze mnie marketingowiec, wiem. Ale, dobrze mi z tym.


Processed with VSCO with a9 preset


Ostatnie lata to snucie marzeń nie tylko o utrzymywaniu się z bloga, ale również o założeniu sklepu internetowego z ubraniami, własną marką, byciu stylistką, posiadaniu wypożyczalni ubrań czy nawet sprzedawaniu plakatów. Nie zajęłam się tym do tej pory. Dlaczego? Widocznie nie czułam tego na 100%. A planów na życie było jeszcze więcej, mimo że jestem osobą po studiach architektonicznych i mogłabym mieć stałą pracę w zawodzie. Pracę, w której bym się wręcz dusiła. Pracę, do której chodziłabym na siłę, bo na siłę chodziłam na 3-tygodniowe przymusowe praktyki. Często słyszę pytania:

To po co studiowałaś?

Czy nie czujesz się z tym źle, że porzuciłaś architekturę?

Ani trochę. Dzięki niej wiem, czego nie chcę robić w życiu, a to dobry pierwszy krok, by zacząć robić to, co naprawdę chce się robić. Przez te lata odkryłam, że w życiu chcę zajmować się tym, co naprawdę daje mi frajdę. Co jest czymś twórczym. Co pozwala mi rozwijać się na kreatywnym polu. Brzmi jak błahostka co? Jak typowe coachingowe gadanie. Ale prawda jest taka, że można gadać i nic nie robić oraz można gadać i działać w tym kierunku. Ja wybrałam drugą opcję, nawet długo się na tym nie zastanawiając, bo od dawna byłam pewna czego nie chcę robić. I idąc za głosem serca okazało się, że wykonałam milowy krok do tego, by stać się inspiracją. Milowy krok, którego tak naprawdę nie byłam świadoma.

Moje życie to ciąg poszukiwania zajęć, które mnie pochłonął na maksa. Nie wiem czy tylko ja tak mam, czy jakieś inne kreatywne dusze na tym świecie również, ale nie potrafię zająć się jednym zawodem na dobre. Potrzebuję zmian. Potrzebuję, by się coś działo. By w moim życiu pojawiały się nowe rzeczy. Moja Babcia twierdzi, że ja ciągle szukam sobie miejsca w życiu. Ja twierdzę, że je tymczasowo znalazłam, a co będzie dalej, to czas pokaże. Od lat nie powiedziałam, że nie wiem czym chcę się zajmować w życiu, bo opcji awaryjnych w głowie mam wiele.

Nie mam zamiaru porzucić blogowania, bo teraz, kiedy wróciłam na nowo z nową energią i podejściem, mam ponownie motywację do działania. Uciekłam na chwilę od przestrzeni pełnej reklam, a wróciłam z większym dystansem. Zrozumiałam, że to nie głównie z reklam chcę żyć, a z działań personalnych. I nie, nie twierdzę, że nie będę podejmować się współprac, ale z czystym sumieniem będę kontynuować moje dotychczasowe działania, czyli podejmować się takich, które czuję w 100%. Bo dzięki temu jest tutaj, na Neonowej, ciągle miejsce dla mnie. Mojej osoby, moich przemyśleń i moich fantazji, które są ważniejszą częścią wpisów niż same zdjęcia. Bo choć bloga zakładałam z zamysłem inspirowania stylem, tak teraz styl jest tutaj dodatkiem.


Processed with VSCO with a9 preset

Processed with VSCO with a9 preset


Na chwilę obecną można powiedzieć, że „przebranżowiłam się” i zaczęłam zajmować się dodatkowo florystyką, która myślę, że jest moim idealnym dopełnieniem. Pochłania mnie totalnie. Jest dziedziną, z którą wiążę przyszłość i marzenia. Dziedziną, którą odkryłam dzięki resetowi od bloga, ale i dziedziną, w której odkryłam siebie. Jestem świadoma, że mam tyle do zrobienia i nauczenia się, ale jara mnie to totalnie. Budzi radość, jakiej nie znałam od dawna, a myśl że znalazłam dziedzinę, w której chcę się dodatkowo spełniać nakręca mnie zwyczajnie do życia. A jeszcze bardziej nakręca mnie myśl o spełnianiu czyiś marzeń i pragnień, mimo że z tyłu głowy wciąż jest cichy głos czy dam sobie radę. To normalne, to ludzkie, ale wiara w siebie jest teraz kluczowa i mimo różnych zwątpień, wiem, że ta wiara w siebie jest najważniejsza. Cieszy mnie również myśl o spełnianiu marzeń i pragnień, które nie opierają się na słupkach sprzedażowych, a na prawdziwych emocjach i radości, która czasem wręcz budzi łzy. Aktualnie dzięki wparciu i komplementom budzi tak naprawdę moje ogromne łzy. Dzięki temu mogę śmiało stwierdzić, że dopiero gdy robimy to, co kochamy, jesteśmy w stanie poznać łzy szczęścia.

Swego czasu myślałam, że architektem nie zostałam. Zostałam. Zostałam architektem własnego życia. To w sumie najbardziej odpowiedzialna fucha. Łatwo ją spieprzyć i obejrzeć się za późno, że coś jest nie tak. Pamiętajcie jednak, że nigdy nie jest na coś za późno. Zawsze jest odpowiedni moment na zmiany, odpowiedni moment na zaczęcie czegoś nowego, a może powrót do dawnych marzeń. Nie ważne co, ważne, by dawało radość. Od kiedy pojęłam pewne rzeczy, zauważyłam że w życiu zależy mi na tym, by robić co lubię i co naprawdę chcę robić. Od lat powtarzam, że moja noga w korpo nie stanie. I jeśli mam być szczera – to jest chyba jedyna rzecz w którą szczerze wierzę. Bo nikt inny nie uwierzy w coś tak mocno jak my sami. Dlatego jeśli chcecie się czegoś podjąć, co będzie sprawiać Wam przyjemność (i nie będzie krzywdzić innych) zróbcie pierwszy krok, by się tym zająć.

I można się zastanowić, co ja mam do powiedzenia. W końcu nie jestem „wielką” blogerką. Wiem, jestem tego świadoma. Ale jestem człowiekiem, który 5 lat spędził na studiach dających poźniej możliwość w fajnej dobrze płatnej pracy, a mimo wszystko odstawił te starania na bok na rzecz spełniania siebie. Jestem człowiekiem, który wie – przynajmniej na tę chwilę, co chce robić w życiu. I myślę, że jestem człowiekiem, który bez względu na okoliczności nie boi się podjąć działań w kierunku rzeczy, którymi chce się zająć. Ja po prostu gdy coś czuję, całą sobą, to zaczynam to robić. I w tym momencie okazuje się, że mam nieco do powiedzenia w tym temacie, a Wasze wiadomości uświadamiają mnie i potwierdzają to, że Was inspiruję. Chciałam stylem, takie miałam założenie zakładając bloga, okazuje się inspiruję Was podejściem do życia, myśleniem oraz swoimi działaniami. I rzeczywiście, 10 lat temu myśląc, że będę ekonomistą wiedziałam o życiu całe zero. A z pewnością nie wiedziałam jak potoczą się moje losy i jaką ścieżkę sobie obiorę. Mimowolnie moim celem stał się rozwój własnej indywidualności. Myślę, że Oscar Wild byłby ze mnie dumny.


kurtka jeansowa Femi Stories | sukienka Answear | buty H&M | koszyk Simple | zegarek Akerfalk | bransoletka Pandora | pierścionek Apart

bukiet Krzaki i badyle (czyli moje nowe dziecko)


Processed with VSCO with a9 preset

Comments

comments

Dodaj komentarz