Processed with VSCO with c5 preset

Gdy w głębi duszy nie jestem kulturowym ignorantem.

Byłam ostatnio w operze. Zdębiałam. Poruszyło mną. Myślałam, że to nie jest możliwe. A jednak!

Ale, zacznijmy od początku. Gdy miałam 7 lat rodzice zapisali mnie do prywatnej szkoły muzycznej. Jak się domyślacie – nie miałam wtedy wiele do gadania. Zaprowadzili mnie na mini przesłuchanie mające na celu zweryfikować moje muzyczne talenty i tak wraz z podstawówką rozpoczęłam drugą szkołę równolegle. W zasadzie pierwsze trzy lata były nawet przyjemne. Kształcenie słuchu, rytmika, gra na pianinie utworów adekwatnych do wieku, które szły mi dobrze i leciałam na piątkach. Jako dziecko miałam z tego względny fun, mimo że zajęć było sporo, a czasu na zabawę – jak się domyślacie – mniej niż u części moich rówieśników. Po trzeciej klasie podstawówki nastąpiły dwa wydarzenia zmieniające cały bieg mych muzycznych wydarzeń. Nim skończył się szósty semestr, rodzice zapytali się mnie czy chcę kontynuować naukę muzyki. To było jedyne wyjście ewakuacyjne – albo teraz, albo cisnę do końca szkoły, czyli pełnych 6 lat. Jako, że szło mi świetnie, poszłam w nieznaną przyszłość jak w ogień i się zdrowo sparzyłam. Z efektem takim, że nawet na myśl o muzyce klasycznej dostaję czkawki. Możecie mnie odbierać jako człowieka pustego, niewykształconego, niewrażliwego. Pozwalam. Mówi się, że do tej muzyki trzeba dorosnąć. Ja, nim zaczęłam ją w pełni rozumieć i czuć, zdążyłam znienawidzić.


Processed with VSCO with c5 preset


Wróćmy jednakże do wakacji po trzeciej klasie podstawówki. Rodzice wysłali mnie wtedy do babci za granicę. Nie byle jakie, bo trzy tygodnie mojego lata spędziłam rozpieszczana w Brukseli, której wspomnienia wiążą się z ogromną ilością zjedzonych batoników Leo Milki, zagryzanych pieczonymi skrzydełkami i cieniutkim boczkiem, rozrywką na wesołym miasteczku i nad Morzem Północnym oraz godzinami spędzonymi na oglądaniu tenisa. Tak. Tenisa. Tenisa ziemnego. Bo nie musiałam rozumieć języka, by pojąć na czym polega ta gra. Miłość kwitła, na tyle silnie, że w efekcie końcowym odwidziało mi się chodzenie do szkoły muzycznej na rzecz tenisa. Jednakże, co do muzyki klamka zapadła „a w tenisa będziesz mogła grać w gimnazjum”. I grałam. Doczekałam się tego momentu poprzedzonego „pustym”rokiem, czyli rokiem bez zajęć dodatkowych w czasie pierwszej klasy gimnazjum, a wcześniej jeszcze tymi nieszczęsnymi trzema latami szkoły muzycznej, którą musiałam skończyć. Trzema latami męki. MĘKI. Bo to się okazało, że śpiewać nie umiem, a to audycje muzyczne mnie nudzą, a to nie chcę grać na pianinie, bo nauczyciel wkurza, a jest mnóstwo innych fajniejszych rzeczy do roboty, a flet, który doszedł dodatkowo do całości, odbiera ostatnie wolne chwile już nie tyle, co na zabawę, ale życie. O dziwo, na tym flecie poprzecznym nawet mi szło, gdy się tylko do niego przykładałam, a kobieta, gdy widziała, że ćwiczę w domu i zachwycam na zajęciach była ze mnie dumna. Ach, też byłam. Chwilowo. Jak widzicie, muzykiem nie zostałam. Tenisistką zresztą również, choć na to miałam większy zapał, tyle że byłam już nieco za stara i biedna. Mimo wszystko szczęśliwa, że mogłam poodbijać piłeczkę.


Processed with VSCO with c5 preset


Wracając do szkoły muzycznej – do domu wracałam w okolicach 20, każdego roboczego dnia tygodnia. Zmęczona. Padałam na twarz. Ale nie, tu nutki, a tu ułamki i jeszcze wypracowanko z polaka. Jak się domyślacie – orłem z niczego nie byłam. Trudno być, jak wszystko robi się po łebkach, a ja tak nie lubię. Jak się później okazało – dobra mogę być albo w sporcie, albo w zajęciach kreatywnych, artystycznych. Gdy ludzie stali w kolejce po wrażliwość muzyczną – ja oglądałam się za kredkami, a rodzice w kolejce stali za mnie. Zupełnie niesłusznie, bo nerwów nabawiliśmy się wszyscy. Przyznaję. Byłam wściekła na tę szkołę. Gdy miałam 10 lat poczułam, co to mieć marzenia – wcześniej ze swojego życia nie pamiętam tak silnego pragnienia. Chciałam grać w tenisa, a musiałam grać Mozarta. Nie dogadywaliśmy się. Nie tylko z Mozartem, ale i nauczycielami ze szkoły muzycznej. Już jako dziecko byłam zła na ich system. SZKOŁA PRYWATNA, a musiałam grać to, co mi narzucali. Gdy chciałam się nauczyć tego, co z przyjemnością bym wykonywała – usłyszałam, że to mogę grać sobie w domu, a tak w ogóle, to „Dla Elizy” okazało się być nie na moje zdolności. Wszystkim nauczycielom sprzedam jedną radę: MIARĘ UTWORU DZIELCIE NA CHĘCI DZIECKA, A NIE JEGO ZDOLNOŚCI. Inaczej może okazać się, że wypada Wam z rąk nieoszlifowany diament. W takim wypadku, odechciało mi się grać czegokolwiek. Bo gdy czegoś nie chcę robić, to mi to nie wychodzi. Zawsze tak było. Chęci były równe zaangażowaniu. Tutaj równe ZERO.

Szkołę muzyczną skończyłam. Ledwo. Cała rodzina z czasem zaakceptowała, że nie na 5-tkach, a ocenach, które ledwo mi pozwalały na zostanie absolwentką. Nie jest mi z tego powodu głupio, ani tego nie żałuję. Widać, że od dziecka byłam charakterna. Jak mi się coś nie podobało, to nie robiłam czegoś na siłę, aby zadowolić innych. Wiedziałam, że szlaban życia mnie czeka za takie postępowanie, ale widać poczucie działania w zgodzie ze sobą działało u mnie od dziecka. Dobra wiadomość była taka, że wszyscy nagle odetchnęli z ulgą. Dyplom odebrałam po kilku dobrych latach. Jak się domyślacie, nie było mi po drodze by tam wracać, nawet po kawałek papieru będący śladem i dowodem mojej nauki.


Processed with VSCO with c5 preset


Ale muszę przyznać, że nie żałuję tych lat spędzonych w szkole muzycznej, mimo że nie mam z nimi czułych wspomnień. Nie mam też żalu do moich rodziców. Jak już powiedziałam wcześniej, po talent muzyczny stały inne dzieci i moi rodzice mający nadzieję, że to wystarczy. A tu talent muzyczny okazuje się okrutny jak urząd i podpis trzeba złożyć samemu. Rzadko się przyznaję do tej szkoły muzycznej, ale teraz mam już to za sobą publicznie. Nie będę ukrywać, to była lekcja życia, którą z wiekiem rozumiem coraz bardziej. Nie czekała mnie kariera muzyczna, choć wiem, że dzięki takim nieco przymusowym działaniom rodziców – jak zapisywanie dziecka na zajęcia muzyczne, rodzą się talenty. Ja mam za to talent opowiadania o moim braku talentów i powiem Wam szczerze – mam z tego szaloną przyjemność. Nie ukrywam jednak faktu, że muzyka rozwija, kształci. I nie chodzi mi o poznawanie terminologii, a to jaki ma ogromny wpływ na rozwój naszego mózgu, co odczuwam po dziś dzień – szczególnie mam na myśli podzielną koncentrację czy ćwiczenia zręcznościowe.

Niestety, nienawiść do szkoły muzycznej przełożyła się na niechęć do muzyki klasycznej, której nie lubię słuchać do dziś. RMF Classic odpalam tylko w ostateczności wracając o 22 z pracy, gdy na pozostałych stacjach leci muzyka, od której bolą mnie aż uszy. To jest moje wyjście ewakuacyjne. Ostateczność. Choć przyznam, że często kojąca. Targają mną czasem sprzeczne uczucia, ale wiem jedno, na koncert Mozarta jeszcze nie dam się namówić. To nie ten moment. Jeśli mam być szczera, nie wiem, czy on kiedykolwiek nastąpi. Ale ostatnio skusiłam się na wyjście do opery na muzykę filmową graną przez orkiestrę i miałam ciarki. Zdębiałam. Zawładnęły mną uczucia wcześniej mi nieznane. I moja automatyczna reakcja uświadomiła mi, że nie jestem tak ogromnym ignorantem, jak mi się wydawało. I bardzo dobrze!


futro Tova | golf b.sic stories | spodnie Only | botki i torebka Zara | zegarek Akerfalk | biżuteria Pandora


Processed with VSCO with c5 preset

Comments

comments

Dodaj komentarz