Processed with VSCO with c5 preset

Głęboki oddech.

Cześć. Dzień dobry. Wróciłam.

Wzięłam głęboki oddech. Spacerowałam po lasach. Dużo myślałam. Dużo planowałam. Dużo – emocjonalnie – przeżyłam. Potrzebowałam rozmowy ze sobą. Konkretnej. Długiej. Rzetelnie analizującej bieg wydarzeń. Wydarzeń całego minionego roku. Spokojnie, obszernego podsumowania nie będzie. Nie będzie też listy planów na 2019 roku. To wszystko wydaje mi się tak intymne. Bardziej intymne niż bielizna pokazywana na Instagramie. Ale, każdy ma swoją miarę i poczucie prywatności.

Od kiedy skończyłam studia, w styczniu każdego roku, mam czas stagnacji. Zawsze trwa tyle samo – okolice trzech tygodni. Żyję, planuję, analizuję, podsumowuję, chodzę do pracy, ale rzadko coś tworzę. Nie mam weny i nie mam parcia. Nie odnalazłam jeszcze odpowiedzi, czy to kwestia lenistwa czy wyciszenia. Powiedziałabym, że obu. Bo w głowie jest burza pomysłów i wybuchy radości. Tylko z drugiej strony, ciężko mi się zabrać za tę twórczą pracę. Powiedzielibyście – lenistwo. Tylko takie nie do końca, bo i nogą na macie pomacham, do lasu na spacer się przejdę, przygotuję zimowy materiał, przeczytam książkę za książką, wchłonę serial za serialem i chwycę za aparat, by podszkolić robienie zdjęć we wnętrzach. Ale taki okres jest mi szalenie potrzebny. Szczególnie po zamknięciu roku, który zawsze kończy się intensywnie. Szczególnie na początku stycznia, który zawsze na studiach był intensywny. A teraz, jakbym sobie to nagle odbijała. Ale w pewnym momencie mówię sobie dość. Nie na siłę. To wychodzi samo ze mnie. Organizm daje znać:

JESTEŚ GOTOWA DO DZIAŁANIA. 


Processed with VSCO with c5 preset


To jest jasny sygnał, wierzcie mi. A proces powrotu zawsze jest dwuetapowy. Pierwszy jest zryw: „tak, usiądę do tego”. A przez tydzień nie jestem w stanie nic napisać. Odpuszczam. Wierzę, że w życiu nie można nic na siłę, zwyczajnie dlatego, że nic dobrego i jakościowego z tego nie wychodzi. Później mam drugi zryw: „Chodźmy na zdjęcia street style, wracam na bloga”. I to jest ten zryw, który realizuję teraz. Przelewam myśli zebrane w głowie na piksele. I mam z tego radość, że znów to robię. Robię, bo chcę. Bo mam wenę. Bo cała ta przestrzeń powstaje w wyniku mojej twórczej weny. I wtedy, gdy mi się chce. Nic nie muszę, choć gdy wracam, staram się dbać o regularność. To motywacja do działania. Bo wiem, że jak już wróciłam, to czekacie na nowe.

NOWY ROK. NOWA KARTA. NOWA JA.

Znacie to doskonale zapewne. Przyznajcie się otwarcie. Tutaj nie musicie obawiać się mówić szczerze. Ile razy tak było? Że cyfra z tyłu przeskakiwała krok dalej, dając nadzieję na wiele, a ostatecznie nie działo się nic. Rozumiem ten stan, te obietnice, te chęci działania, kończące się w głowie. Bo wiecie, co wiem po sobie? Że czasem nowy rok to za mało. Nowy kalendarz to za mało. Czysty planner to za mało. Nie na każdego musi działać tak samo. Nie każdy nagle musi budzić się z zimowego snu i działać jak szalony. Dlaczego to mówię? Bo wiem, że są ludzie, na których działa coś innego. Są ludzie, których do działania napędzi impuls, który poczują. I raz będzie on 2 stycznia, innym razem w lutym, innym razem na wiosnę i lato, a u innych może i jesienią. Ale to musi być impuls wybudzający do życia. Do działania. Personalny impuls. A nie nierzucony z góry jak nowy rok. Nie narzucony przez społeczeństwo, bo tyle osób tak robi. Nie. To tak nie działa w przypadku każdego, choć z pewnością każdy by chciał, by tak to przebiegało. Nie na każdego działają motywacyjne gadki, ludzie bijący swoje życiówki i czyste kartki w kalendarzu. Może byłoby cudownie, gdyby tak było, ale nie jesteśmy maszynami, zatem nie oczekujmy, że wszyscy będziemy działać tak samo.


Processed with VSCO with c5 preset

Processed with VSCO with c5 preset


IMPULS

Swój impuls poczułam w niedzielę w czasie biegu WOŚP „Policz się z cukrzycą”. Wtedy dotarło do mnie, że potrzebuję jakiegoś takiego wydarzenia, które mnie ruszy do działania. Biegłam, by wspomóc innych, ale tak naprawdę wspomogłam ogromnie siebie, swoje ja, swoją pewność siebie i swoją motywację. Wyszłam z tego biegu z podwójną wygraną pomagania. Zrozumiałam rzecz, która wiadoma jest nie od dziś, że bariery tak naprawdę mamy w głowie. Wszystko zaczyna się od naszego nastawienia. Sami szukamy wymówek, zamiast szukać rozwiązań. Sami czasem się pogrążamy, zamiast podbudowywać. Sami momentami działamy demotywująco, zamiast przyjąć postawę godną podziwu, czyli automotywującą. Tamten dzień dał mi wiele do myślenia. Ale co więcej – dał mi realny przykład tego, że wszystko zależy od nastawienia. Ale, sama musiałam to przeżyć. Sama musiałam przebiec 5 kilometrów po kilkutygodniowej przerwie od biegania w zimowych warunkach, podczas padającego deszczu, z wrażeniem, że płuca mi się kurczą, a nogi odmawiają posłuszeństwa. Mimo wszystko odczułam euforię i zrozumiałam, że śniegowe warunki, w których przyszło mi biegać, nie są przeszkodą. Przeszkodą jest moja głowa. Ale dosadnie pojęłam to właśnie wtedy, odczuwając to na własnej skórze. Nie słuchając biegaczy, którzy mówią, że mimo deszczu i tak jest fajnie. Nie słuchając mówców motywujących do działania, że „nie ważne są warunki, ważne jest Twoje nastawienie”. Nie. Musiałam przeżyć to sama. Ale…

MIEJ NA SWOJEJ DRODZE KOGOŚ, KTO POPCHNIE CIĘ DO DZIAŁANIA.

To nic złego. Naprawdę! I miej takich osób nawet kilka. To normalne, że aby czasem z czymś ruszyć potrzebujemy pomocy. Wierzcie mi, ja mam osoby, które pomagają mi się zabrać do działania, ale i ja jestem taką osobą, która motywuje, by coś robić. Zachęcam, rozmawiam, proponuję, rzucam pomysły czy szukam rozwiązania. To, że czasem sami potrzebujemy pomocy, by ruszyć z innym „życiowym projektem” nie wyklucza nas jako wsparcia dla innych potrzebujących dusz. Do zapisania się na bieg zachęciła mnie Mama. Tym pomogła mi zacząć „coś” robić. Ona była moją iskrą, dzięki której podczas biegu poczułam wspomniany impuls. To mnie pchnęło do działania i miałam szczęście, że spotkałam kogoś, kto mi w tym pomógł. Mam nadzieję, że i Wy spotkacie!


Processed with VSCO with c5 preset

Comments

comments

Dodaj komentarz