Processed with VSCO with a10 preset

Psikus w marcu.

1 marca. Otwierasz oczy. Wyglądasz za okno. Wczoraj był jeszcze luty, także niby nie oczekujesz wielkich rewolucji pogodowych, ale jednak słowo marzec budzi w Twoje głowie wyobrażenia o pięknej i słonecznej wiośnie, z dodatnią temperaturą. Dość mocno te nasze nastawienie się zmienia w ciągu kilku godzin snu. Spoglądasz na termometr z nadzieją, że to jednak żart, to co się dzieje za oknem, a śnieg za moment stopnieje od wysokiej temperatury. Na liczniku widzisz 14 kresek, niestety – NA MINUSIE. I jedyne, co w tej chwili mówisz do siebie to lamentujące „SERIOOO?!”. No tak, przecież mamy marzec. Czyli, jakby te lamentowanie jest delikatnie usprawiedliwione.

Rok temu w marcu, a dokładniej 4 marca, zaczęłam swój sezon biegowy. Tak dopisywała pogoda. Z końcem lutego jechałam w góry, a na termometrze była prawie wiosna. Puchowa kurtka jedynie leżała na tylnej kanapie, na wypadek jakbym zmarzła w czasie drogi. Nie zmarzłam, bo jechałam samochodem, ale wyjście z samochodu na stacji bez puchówki nie groziło anginą. Po powrocie – już w marcu (jakieś 6 dni później) – spotkałam się jedynie z pięknym słońcem, które aż paliło w oczy. Nie mogłam wręcz uwierzyć, że to już. Że ta cudowna wiosna nadchodzi (spokojnie, później w maju przez tydzień był śnieg i nie było już tak radośnie :D). Skoro znacie już sytuację z zeszłego roku, nic dziwnego, że w tym, budząc się w marcu, oczekiwałam identycznej sytuacji. Ale, jako absolwentka klasy w liceum o profilu matematyczno-geograficznym, zdaję sobie sprawę, że jeśli wczoraj było -15, to wiele przez noc nie mogło ulec zmianie. I tak na minusie zaczyna się kolejny miesiąc, a ja jestem już o 28 dni opóźniona w sezonie biegowym 2018, gdyż planowałam w tym roku ruszyć w lutym. Nie, nie nastawiałam się na wiosenne klimaty. Nastawiałam się, że przełamię swoją barierę i ruszę z bieganiem jeszcze zimą. Nie wyszło. Ale mam czas to nadrobić w grudniu. Szczególnie, że plan ambitny – 1000 km do przebiegnięcia w ciągu całego roku (w moim odczuciu wystarczający i dający przyjemność z biegu, a nie katorgę).


Processed with VSCO with a10 preset

Processed with VSCO with a10 preset

Processed with VSCO with a10 preset


Dobrze, kończąc pamiętniczek i wracając do dnia dzisiejszego – albo chociaż tych ostatnich. Wstajecie. Patrzycie na termometr. -15 stopni. Zamieracie. Zastanawiacie się, czy w taką pogodę w ogóle da się żyć. Spokojnie, da się żyć i da się wyjść z domu (biegać pewnie też się da, ale takiego poziomu hardcore’u na chwilę obecną nie praktykuję, może potrzebuję jeszcze roku na takie igraszki). Ale, aby wystawić nos na podwórko potrzeba:

  1. Ciepłej kurtki. Baaaardzo ciepłej kurtki. Lepiej też, jak jest nieco dłuższa niż do bioder, byście później nie narzekały na bolące korzonki. Pamiętajcie, w klatkę piersiową musi być ciepło. I w korzonki również.
  2. Czapki, aby Wam całe cudowne ciepło zgromadzone w Waszym ciele nie uciekało przez głowę. Szalik też wskazany, tego nie mam na zdjęciach, ale w samochodzie był. Jednakże, powiem Wam, że jak się zapnę w tej kurtce, to i bez szalika daje radę. Co by nie było, warto mieć go na uwadze. Ja zawsze przy sobie mam. I rękawiczki. W końcu, jak zimno w paluchy, to zimno i w całe ciało.
  3. Buty – sprawdzają się te na grubszej podeszwie. I te, które nie są adidaskami. Oraz te, które zakrywają kostki. A jak Wam buty nie zakrywają kostek, to zadbajcie, by pojawiły się takowe spodnie i skarpety. Plisss. Jeśli nie dla WŁASNEGO dobra, to dla dobra OGÓŁU. Bo szczerze? Mogę nie mieć szalika na zdjęciach i jest mi ciepło, ale gdy widzę 7 cm odkrytego, całego już zmarzniętego i czerwonego ciała w okolicach kostek, to wierzcie mi, ROBI MI SIĘ ZIMNO.

A reszta, to kwestia Waszego wyboru. Osobiście uderzam w rzeczy wygodne i ciepłe. W końcu walka z niepraktycznymi ubraniami w czasie mrozu jest ostatnią rzeczą, na którą mam ochotę. Kolejna sprawa – mam słabość do wybierania olbrzymich kurtek/płaszczy. Kończy się to zwykle tak, że gdy nie zadbam o odpowiednie dodatki – tutaj jest takim dodatkiem nerka ratująca cały zestaw – wyglądam jak baryłka poruszająca się po mieście. Ludek Michelin. Cokolwiek przyjdzie Wam na myśl. Nie trudno o takie skojarzenia, gdy ubrana jestem w baleron splendoru. Wtopić się delikatnie w tłum pozwala jedynie jego stłumiony kolor. Ale czy to ważne? Ważne jest, że jak mam pójść do sklepu, to jest mi ciepło. Ciepło jest też mi stojąc na przystanku. I ciepło mi jest już na samą myśl ubrania tej kurtki. Tyle w temacie. Dziękuję za uwagę i do usłyszenia!


kurtka, bluza, koszulka H&M | spodnie Monashe | buty CCC | nerka Paulina Schaedel | czapka Zimno 


Processed with VSCO with a10 preset

Processed with VSCO with a10 preset

Processed with VSCO with a10 preset

Comments

comments

Dodaj komentarz