2 podsumowanie miesiąca luty 2017

Podsumowanie miesiąca: luty 2017

Nie jestem fanką postanowień noworocznych i nie wiem, czy mogę te tak nazwać, ale obiecałam sobie jedno – co najmniej raz w miesiącu pojadę gdzieś, gdziekolwiek poza miasto, zobaczyć coś nowego, przeżyć coś świeżego. Nie ważne, czy miałaby to być wycieczka lokalna, zwiedzenie któregoś miasta w Polsce czy wypad za granicę. Doszłam do wniosku, że skoro skończyłam studia i nie jestem uwiązana do biurka projektami na uczelnię oraz jestem freelancerem, czyli dodatkowo po studiach nie trzyma mnie żadna korporacyjna praca, a w dodatku prowadząc bloga mogę pokazać Wam kawałek światka, będę dążyć całymi swymi siłami, by zarówno znaleźć czas i pieniądze na choć jeden wypad w miesiącu. W styczniu, jak pamiętacie z podsumowania wcześniejszego miesiąca (Podsumowanie miesiąca: styczeń 2017 >KLIK<) wybrałam się do Rezerwatu Żubrów w Białowieży. A w lutym?

 

Żubry

 W tym lutym wybrałam się na polowanie z aparatem na żubry, co było niesamowitym przeżyciem. Ci z Was, którzy obserwują mnie na Instagramie (IG: @neonowa_strzala) i oglądają InstaStory, mogli choć odrobinę przeżyć ze mną ten dzień. Dzięki temu, że mój Tata był szalenie napalony na taką formę rozrywki w pewne piątkowe popołudnie, długo nie musiał mnie namawiać, bym się z nim wybrała.

– Jadę polować z aparatem na żubry, jedziesz ze mną?
– Tak.

Processed with VSCO with a4 preset
Droga do Krynek z Białegostoku.

Krótka piłka, a wrażenia później mocne. Bliskość Puszczy Knyszyńskiej tylko sprzyja takim wypadom. Całe stado żubrów można znaleźć w okolicach Krynek, a takich poszukiwaczy wrażeń jak my jest kilkoro i z znacznie lepszym sprzętem, a także bagażem doświadczeń jeśli chodzi o robienie zdjęć żubrom z bliska. Z bliska, czyli z odległości ok. 100m, bo na taki dystans potrafią podchodzić niektóre osoby obcujące niepierwszy raz z tymi potężnymi zwierzętami. My staraliśmy się uchwycić je z daleka, co widać na poniższych fotografiach. Po drodze w stronę Krynek udało nam się znaleźć jeszcze jednego żubra, który przemieszał się samotnie i to on tak naprawdę dał mi poczucie potęgi nad kruchym człowiekiem. Gdy podeszliśmy na odległość 200-300 metrów, błagałam aby tylko nie zaczął na nas biec, gdyż gdyby wyczuł zagrożenie, mógłby skusić się o takie posunięcie. Myślę, że pozostalibyśmy z ojcem bez szans ucieczki i obrony. On jednakże, gdy nas usłyszał, ale do końca nie mógł zlokalizować zapachu, gdyż wiatr wiał w naszą stronę, zdecydował się na krok w bok i uciekł do pobliskiego gaiku. Było odrobinie groźnie, dlatego podziwiam osoby, które podchodzą do całego stada. Oczywiście żubry nie atakują, gdy nie czują się zagrożone, jednakże dają jasny znak ostrzegawczy, że nie jest dobrze ustawiając się w stronę wroga rogami. Jest to sytuacja, którą widziałam na żywo, gdyż całe stado nagle, jak na komendę, zmieniło swoje ustawienie, w momencie wyczucia fotografów znajdujących się kilkanaście metrów dalej od nich.

Processed with VSCO with a4 preset

Processed with VSCO with a4 preset

Processed with VSCO with a6 preset

Processed with VSCO with a4 preset

Myśleliśmy nad uchwyceniem żubrów dronem, jednakże jest to można rzec niemożliwe, jeśli chce się zjawiskowe zdjęcia. Mimo trzymania drona na najwyższej z możliwych wysokości, żubry doskonale słyszały jego szum i momentalnie zaczęły się płoszyć nim nawet do nich dolecieliśmy. Zrezygnowaliśmy z tej formy dokumentacji natychmiastowo, gdy zobaczyliśmy ich reakcję, zarówno dla dobra zwierząt, jak i innych fotografów.

WSKAZÓWKA: jeśli jesteście zainteresowani udokumentowaniem żubrów w tych okolicach, warto uprzednio zadzwonić do straży granicznej i o tym poinformować, by uniknąć jakichkolwiek kłopotów.

IMG_1709 — kopia

 

Stańczyki 

Luty to także wypad do Stańczyk, czyli kolebki moich wspomnień z dzieciństwa. Całą relację zdjęciową oraz moje wspomnienia opisałam we wpisie prosto nazwanym Stańczyki >KLIK<. Zatem, jeśli jesteście ciekawi, co szczególnie utkwiło mi w pamięci i jak spędzałam wakacje jako dziecko, to odrobina prywaty znajduje się w kilku linijkach tekstu relacjonującego ten jednodniowy wypad za miasto 🙂

Processed with VSCO with a8 preset
WPIS: Stańczyki. STYLIZACJA: kurtka, czapka, plecak Femi Stories | spodnie H&M | buty Timberland

 

Wyjazd w góry – Chopok 

Jestem ogromnie szczęśliwa, że udało mi się również pod koniec lutego wybrać w góry, chociaż na 4 dni zjazdowe. Jak już wspominałam w relacji z gór >KLIK<, nie wyobrażam sobie zimy bez takiego wypadu na deskę. Chopok jest również miejscem, w którym zaczynałam swoją przygodę z zimowymi sportami. Nim stanęłam na deskę, musiałam nauczyć się jeździć na nartach (warunek rodziców), zatem jakieś trzy sezony poświęciłam na naukę tej umiejętności, by później w końcu zacząć jeździć na wymarzonym snowboardzie. Pierwsze zjazdy na desce miałam również na Chopoku, dodatkowo byłam tam również kiedyś na obozie zimowym, na którym bawiłam się doskonale i uznaję ten obóz z jeden z najlepszych w moim życiu, zatem jest to kolejne sentymentalne miejsce. Za rok jednak planuję wyjechać w góry, które bardziej obiecują idealną pogodę do szusowania po stoku, czyli mam na myśli włoskie Alpy. Mam nadzieję, że mój plan zostanie zrealizowany, a za rok będę mogła opublikować widokówka z Włoch 🙂

Cały wypad na Słowację możecie zobaczyć >TUTAJ<

page (2)

 

Stylizacje 

Jednakże nie samymi wyjazdami i odkrywaniem świata człowiek żyje, a szczególnie Neonowa. W tym miesiącu udało mi się pokazać Wam 5 stylizacji na blogu. Przyznam, że warunki do stylizowania były niemalże równie trudne co w styczniu, gdyż zima na dobre trzymała ponad pół miesiąca. Ze zdjęć doskonale widać, że tym razem ukochałam sobie beżowy płaszcz i prawda jest taka, że w tym płaszczu chodzę większość dni w miesiącu. Wybór doskonały, którego zdecydowanie nie żałuję, a do tego zgarniam jeszcze same pozytywne opinie 🙂

page-horz
zestaw 1 >KLIK< zestaw 2 >KLIK< zestaw 3 >KLIK< zestaw 4 >KLIK< zestaw 5 >KLIK<

W lutym, tuż przed przyjściem odwilży, udało nam się zrobić sesję edytorialową, którą już w tym tygodniu opublikuję na blogu. Będzie to inna sesji niż zwykle, gdyż to nie ja będę modelką na tych zdjęciach, a współtwórcą powstałych fotografii, a naszej modelce będzie towarzyszył jej koń Cukier. Mam nadzieję, że efekty przypadną Wam do gustu. Stay tuned!

IMG_1942

 

Wydarzenia 

A do tych zdecydowanie należy otwarcie sklepu Dworzysk w Białymstoku. Jeśli jeszcze nie poznaliście lawendowych produktów z Dworzyska gorąco zapraszam Was do przeczytania wpisu z otwarcia lokalu >KLIK< oraz do zapoznania się z ich ofertą. Naprawdę warto! Myślę, że wielbiciele naturalnych produktów do pielęgnacji będą szczególnie zachwyceni. Ale znajdzie się również coś dla smakoszy 😉

WPIS: Nowy punkt na mapie Białegostoku: Dworzysk
WPIS: Nowy punkt na mapie Białegostoku: Dworzysk

 

Książki

ksiażki

Te dwie lekkie pozycje przewinęły mi się przez ręce podczas lutego.

Modoterapia, czyli po co ci tyle ubrań. Kiedyś sądziłam, że wolę mieć w szafie ogromną ilość ubrań, bo zawsze będę miała się w co ubrać. Będę miała szeroką gamę stylów na każdy humor. Kiedyś. Bo zauważyłam, że to zaczyna się zmieniać. Kiedyś zarzekałam się, że ja nigdy nie pomyślę, że lepiej mieć mniej, ale lepszej jakości i że zawsze będę w tej grupie ludzi, których uderza lawina materiału przy otwarciu szafy. Kiedyś. Bo dziś uważam, że muszę się pozbyć wielu ubrań z mojej garderoby, gdyż zwyczajnie ich nie noszę. I skoro czegoś nie nałożyłam od roku, to znaczy, że już nie nałożę. Zmądrzałam, zdecydowanie. Przyznaję rację ludziom, którzy wcześniej do tego dojrzeli niż ja. Ale moim problem jest zawsze jeszcze to, co w sumie zostało wspomniane przez Maję Naskrętską w tej książce, że chomikuję ubrania na wypadek jakiejś sesji. Bo: „A może mi się to na jakieś zdjęcia jeszcze przyda i później będę biadolić, że oddałam/sprzedałam.”. Dalej kieruje mną ten argument, ale wiecie co jest pocieszające? Z tego też wyrastam, tylko potrzebuję czasu. Wiem, że jak nie przy pierwszych, drugich, trzecich porządkach nie wyleci, to wyleci przy kolejnych, bo w końcu uznam, że i do sesji to nie ma sensu tego trzymać.

Książka ta może i nie jest obszernym poradnikiem jak poradzić sobie ze swoją garderobą i pozbyć się nadmiaru rzeczy. Za to jest skupiskiem wielu banalnych haseł oraz pięknych ilustracji. Ale wiecie co Wam powiem? Bardzo dobrze, że taka książka pojawiła się na rynku. Bo nam czasem nie potrzeba poradnika na 200 stron pisanego drobnym maczkiem, a właśnie takiej kolorowej książki z jasno wypisanymi hasłami i krótkimi objaśnieniami do nich. Prosto i na temat. Bez owijania w bawełnę, bo zaraz zaczynamy myśleć o czymkolwiek innym niż o tych nieszczęsnych porządkach i segregacjach. I czytając takie błahe hasła bądź wypowiedzi osób, z którymi autorka książki przeprowadziła wywiady:

  • „Uśmiech? – Biorę to! (…) ubranie ma zdać jeden podstawowy test – zakładasz je, patrzysz w lustro i się uśmiechasz. Jeśli twoja mina mówi „chyba nie”, nie przekonuj się na siłę.”
  • „Zadaj jedno pytanie: „Czy kupiłabyś to jeszcze raz?”.”
  • „Zamiast kupować nowe rzeczy „na poprawę nastroju”, pozbądź się tego, co ci nie służy. Wyeliminuj nieestetycznych wrogów.”
  • „Kupując, trzymam się prostej zasady – nie wydaję pieniędzy na nic, czego bym nie chciała za pełną cenę.”
  • „Przemyśl to w domu.”
  • „Mój sposób na pozbywanie się rzeczy? Celuję w dzień gorszego nastroju, bo nie mam wtedy sentymentów, i pozbywam się wszystkiego, jak leci.” – Maja Naskrętska

 mamy czuć impuls do podjęcia decyzji – pasuje czy jednak nie bardzo, podoba mi się czy już się przejadło, czuję się w tym komfortowo czy nie i najważniejsze – zostaje czy WYPADA?!

Co prawda mój proces wyprzedaży zawartości szafy nie zaczął się po lekturze tej książki, ale mimo wszystko polecam ją każdej z nas. Pora zrobić porządki, w końcu idzie wiosna, a do nadchodzących zakupów podchodzić bardziej racjonalnie. I jeśli Wam jeszcze brakuje motywacji, zakupcie te książkę i przeczytajcie na głos hasła w niej zawarte, powinno pomóc 😉

Hygge. Duńska sztuka szczęścia. Te pozycję początkowo czytałam z takim dziwnym uczuciem spędzania czasu nad książką, która niewiele wnosi do mojego życia. Jednak z każdą stroną dalej zrozumiałam, skąd moje wrażenie i zupełnie zmieniłam stosunek do lektury. Okazało się bowiem, że po prostu moje życie jest hygge. Oczywiście nie jest to słowo, który, teraz będę określać wszelkie czynności, jakie będę robić z przyjemnością i które będą mnie relaksowały, gdyż ta lektura aż tak nie wpłynęła na moje życie i nie popadłam w jakąś hyggemanię, jednakże mogę otwarcie przyznać, że wszelkie treści, jakie znajdują się w tej książce są mi szalenie bliskie. Domyślam się, że żyjemy w świecie, w którym wszystko i każdy za czymś pędzi. Tak nam przyszło żyć w dzisiejszych czasach, że kariera i pieniądze są stawiane na pierwszym miejscu, a wolny czas spędzamy przed monitorami komputera czy telefonów. Zapominamy o tym, że w życiu liczą się również przyjemności. Zapominamy również o relaksie, bo przecież praca nas goni, spędzaniu na spokojnie czasu z rodziną, bo przecież pieniądze znikąd się na koncie nie wezmę i tracimy jednocześnie szansę na życie. Na normalne życie. Takie, w którym jest czas na wszystko, a szczególnie na zasmakowanie tej przyjemności, jaką jest życie. A do tego nie potrzeba nagle wielkiego nakładu pieniędzy za którymi tak gonimy czy budzącej zazdrość u sąsiadów kariery, a chwili przytrzymania i zauważenia, spróbowania, co nam daje przyjemność. Myślę, że ta książka jest głównie skierowana do takich osób, jaką była jej autorka, czyli nieustannie zabieganą.

Przez fakt, że jestem osobą, która kocha życie poza miastem, wszelkie wypady poza ten cały zgiełk, marzy o spędzaniu lata w daczy na wsi, popołudnia spędza czas z rodzicami na zwyczajnej rozmowie, relaksuje się spędzając z nimi czas przy jakimś filmie, a niemalże co piątek wychodzi spotkać się ze znajomymi i pograć w planszówki, ta książka nie jest dla mnie motywacją do zmiany mojego trybu życia, a jedynie uświadamia mi, że moje życie oparte jest na przyjemnościach, a mówiąc językiem książkowym, uprawiam sztukę hygge. Takie osoby jak ja, mogą czuć lekki niedosyt czytając tę pozycję. Natomiast osoby zabiegane powinny chwycić ją do ręki. Domyślam się, że pierwsze myśli u takich odbiorców podczas lektury, mogą brzmieć dość negatywnie, w stylu „a kiedy znaleźć na to wszystko czas”, zamiast „też chciałbym tak żyć”. Życzę jednak każdemu, aby po lekturze oraz ogólnie w życiu, pamiętał o spędzaniu czasu z najbliższymi oraz relaksie, a nie jedynie pogoni za karierą. Bo naprawdę tak da się żyć, tylko trzeba na chwilę odpuścić 😉

 

Filmy 

To już ostatnia pozycja w tym podsumowaniu. Filmów w styczniu udało mi się obejrzeć sześć.

page

Lato w Prowansji to film, który polecam każdemu, kto lubi familijne kino połączone z francuskim humorem. Fabuła, chociaż przewidywalna, to mimo wszystko momentami wzrusza i niemalże wyciska łzy. Osobiście uwielbiam takie lekkie filmy, zatem przyjemność z jego oglądania miałam szczególną.

 

Alicja po drugiej stronie lustra, czyli kontynuacja, myślę, że wszystkim znanej Alicji w Krainie Czarów. Choć nie przepadam za baśniowym światem przedstawianym w filmach, to jednak kino Tima Burtona wciąga mnie niesamowicie. Jeśli chodzi o tę część Alicji, podobała mi się ona znacznie bardziej. Zdecydowanie miała na to wpływ fabuła, czyli coś świeżego, czego nie znałam od dziecka, a także humor, który wpłynął na to, że ta część jest bardziej zabawniejsza. Zdecydowanie warto było poświęcić sobotni wieczór na obejrzenie tego filmu 🙂

 

Complete unknown – nie jest to wyszukany film i wrażenia na mnie nie zrobił. Na samym wstępie powiem, że nie jestem fanką filmów, w których fabuła skupia się głównie na dwójce bohaterów i to za nimi głównie podąża cały film. Brakowało mi akcji w tym filmie, do tego był dość melancholijny, co jedynie wzbudzało we mnie znudzenie. Nawet forma tajemnicy, jaka pojawiła się w tej fabule nie wystarczyła na tyle, by porwać widza w świat bohaterów z ekranu. W moim odczuciu ta ekranizacja nie należy do tych wartych poświęcenia wieczoru. Lepiej chwyćcie za książkę, obejrzyjcie inny film czy nawet ulubiony serial, a z pewnością odczujecie mniejsze poczucie zmarnowania czasu 🙂

page2

Opętana – do obejrzenia tego filmu namówił mnie brat, który uwielbia wszelkie horrory, filmy o zombie oraz tego typu ekranizacje i zrobił to jeszcze w bardzo adekwatnej porze do oglądania takich scen, czyli chwilę przed północą. Bohaterka filmu poza tym, że choruje na Alzheimera, dodatkowo jest opętana. Co wychodzi dopiero w materiale studentów, kręcących film o jej historii rodzinnej oraz jej córki. Większość akcji toczy się w domu oraz ogrodzie, który go otacza. Oczywiście przez cały film bohaterowie dochodzą do tego, jak pomóc Deborah i uwolnić ją od nadprzyrodzonych mocy i demona, który nią kieruje.

Czas próby, amerykański dramat filmowy, którego akcja w znacznej mierze toczy się na morzu. Sceny, które widziałam na ekranie wzbudzały we mnie przerażenie. Osobiście wpadam w panikę na żaglówce płynącej po jeziorze, zatem oglądając ten film czułam stres, co myślę, że pozytywnie odnosi się do filmu, gdyż działał na emocje widza. Choć wiem, że jest to jedynie ekranizacja, to jestem wstanie sobie wyobrazić, że właśnie w taki sposób może wyglądać sztorm na morzu i wymaga on wtedy od kapitana danego statku oraz jego załogi, wykazaniem się zdobytym doświadczeniem oraz odwagą, bez której myślę, że na morze nie ma co się wybierać. Film dość ciekawy i pokazujący, że nie ma rzeczy niemożliwych. Pytanie tylko, jak bardzo akcja przedstawiona na ekranie jest spójna z rzeczywistymi możliwościami. Mimo wszystko, robił wrażenie!

Na granicy, to polski film z mocną obsadą i akcją dziejącą się w czasie zimy w Bieszczadach. W tych filmie jest strach, śmierć i wątek kryminalny. Trzyma w napięciu i momentami mrozi krew w żyłach. Obejrzałam ze względu na kolegę, występującego na ekranie i zdecydowanie było warto.

I tym właśnie akcentem filmowym kończę moje podsumowanie lutego. Mam nadzieję, że w minionym miesiącu znaleźliście inspirujące dla Was treści na mojej stronie 🙂

W kolejny takim wpisie widzimy się w kwietniu, a zaraz na dniach na blogu pojawi się kolejna sesja edytorialowa. Do zobaczenia! 🙂

Comments

comments

Dodaj komentarz