INSTAGRAMSTORYokC582adka20160911-1

Instagram story #11

Chwila przerwy za nami, ale powracam z dawką zdjęć i to nie byle jakich, bo z wakacji na Korfu! Zastanawiałam się, czy przygotować ten wpis tydzień temu, gdy jeszcze byłam na wakacjach, ale po pierwsze miałam słaby internet, zatem publikacja graniczyłaby z cudem. Po drugie, rozsądniejsze wydało mi się przestawienie Wam tego wpisu po wyjeździe, dzięki czemu będę mogła Wam pisnąć o nim słów kilka i nie rozkładać tego na dwa wpisy (wróciłam w połowie tygodnia, zatem w kolejnym Instagram story też zapewne pisałabym o wakacjach).
Kto mnie jeszcze nie obserwuje, zapraszam na: NEONOWA_STRZALA.
A także do lektury oraz obejrzenia zdjęć 🙂

 

 

Nie będę ukrywać, Korfu nie było planowanym kierunkiem, ale tak wyszło, bo oferta okazała się przyjemna. Od maja chciałam jechać gdzieś do Grecji, ale myślałam Mykonos, bądź Kretę. Na Mykonos nie było żadnej przyjemnej propozycji, na Kretę była, ale ostatecznie doszliśmy do wniosku, że to nie to, chociażby dlatego, że za krótko (8dni) i nie będziesz zadowolona z tego wyjazdu, bo nie będzie takim, jakim chciałaś by był – tak skwitował wszystko chłopak. Kretę chcę zjechać całą jakimś pojazdem i spędzić tam 14 dni. Byłam już raz na tej wyspie jako dziecko, zatem wiem, co mówię, wiem, za czym tęsknię i dlatego wiem, że wypad na 8 dni mija się z celem 😀
Uparcie dążyłam jednak do tego, by była to Grecja i padło na Korfu. Jak większość z Was z pewnością zauważyła, nie jestem z Warszawy, ale z tego miejsca mieliśmy wylot. Kolejny raz w nocy (lecąc do Hiszpanii mieliśmy te samą sytuację) i kolejny raz mogłam podziwiać z lotu ptaka stolicę mieniącą się milionem świateł. Jak tego miasta za dnia nienawidzę, tak z góry, nocą, prezentuje się pięknie!

 

Agios Stefanos, czyli miejscowość, w której znajdował się nasz hotel, leży na północnym zachodzie wyspy i z pewnością nie można odmówić jej pięknego położenia – nad samym morzem, na lekko górzystym terenie, który miejscami gwarantował niesamowity widok na wodę. Plażę osobiście uznaję za cud Korfu i w moim rankingu jest to druga najpiękniejsza plaża, którą w życiu widziałam (na żywo!)(na pierwszym miejscu jest plaża znajdująca się na Krecie w mieście Elafonisi). Długa (ok. 2km), piaszczysta (niesamowicie delikatny piasek), z szerokim pasem wypłycenia (ok. 15 metrów pas wody po kolona, kolejne tyle pas wody po kostki, później ok. 30 metrów pas wody, w którym można było zanurzyć się całemu i znów szeroki pas wypłycenia, z wodą po kolana). Dodatkowo, za cyplem, plaża nabierała jeszcze większej wyjątkowości, gdyż wyłaniał się za nim piękny klif (co widać na powyższym zdjęciu chociażby). Będąc tam cały wyjazd nie mogłam nadziwić się pięknu tego miejsca i choć z chłopakiem widzieliśmy inne plaże na Korfu, to jednak ta za każdym razem mnie zachwycała najbardziej.

 

Poranki podczas wyjazdu były bardzo leniwe, ale to jest jeden z punktów, za który lubię wyjazdy. Jest to nasz czas, nikt nam nie narzuca kiedy mamy wstać (ani obowiązki od nas tego nie wymagają), dzięki czemu możemy pozwolić sobie na większą swobodę. I tak – albo poranek spędzaliśmy w barze nad morzem pijąc poranną kawę, ale wylegując się dłużej w łóżku, albo odwiedzając nowe miejsce. Później zwykle trafialiśmy na plażę i uprawialiśmy plażing, smażing, maczaliśmy tyłki w wodzie i robiliśmy mnóstwo zdjęć (ok, ja robiłam, ale to też dlatego, że zawsze jak gdzieś pojedziemy, to później mamy mało zdjęć zarówno danego miejsca, nie mówiąc już o wspólnych zdjęciach, które kończyły się liczbą 0 lub 1, dlatego tym razem postanowiłam, że musi być inaczej), albo przemieszczaliśmy się do kolejnego miejsca.
Powyższe zdjęcie jest z miejsca Canal d’Amour, które się mieści w miasteczku Sidari (północ wyspy), do którego udaliśmy się autobusem (osoby śledzące mnie na Instagramie i ogladające moje InstaStory, bądź osoby śledzące mnie na Snapie, miały szansę oglądać relację z tego miejsca. Spokojnie, jeszcze zdjęcia z tej lokalizacji pojawią się z mojej galerii :D). Miejsce to zachwyca pięknie wyżłobionymi przez wodę skałami oraz turkusową wodą. Pięknie zatoczki, klify i niewielkie plaże stanowią o wyjątkowości tego miejsca. Nie ma co się dziwić, że jest nazywany kanałem miłości, no i z pewnością niejedna dziewczyna powiedziała w tym miejscu „tak” 😉
Odpływając sporo od brzegu można zobaczyć część tych zatok od strony morza. Osobom, które obawiają się tak daleko odpływać wpław, bądź chcą zrobić zdjęcia temu pięknemu miejscu, polecam wypożyczyć jakiś sprzęt wodny, chociażby rowerek.
Samo miasteczko Sidari w żaden sposób mnie nie zachwyciło, a plaża znajdująca się przy nim aż odpychała. Plusem tej miejscowości jest to, że ciągle się coś w niej dzieje, dlatego osoby szukające rozrywki z pewnością tam by ją znalazły. Nasze miasteczko – bardzo ubolewam – było strasznie spokojne, co dla osób w naszym wieku jednak nieco przeszkadzało. Wieczorne wyjścia ograniczały się do pójścia na kolację, spacerów i organizowania sobie, w jakiś sposób, wieczoru w pokoju. Plaża u nas zniewala, ale widać nie można było mieć wszystkiego w pakiecie, dlatego zamiast rozrywkowego tygodnia na Korfu, mieliśmy tydzień romantycznych wieczorów. Romantyczką nie jestem, zatem chyba mogę śmiało powiedzieć, że na tym wyjeździe nadrobiłam wszelkie braki związane z romantyzmem 😀
W czasie wyjazdu wykupiliśmy wycieczkę – 7 cudów Korfu (gorąco polecana w opiniach hotelowych) i była to oferta z biura podróży Rainbow. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że mam niedosyt lekki i gdybym miała tylko większe fundusze, to bym się na nią nie zdecydowała. Otóż, dlaczego? Wszystkie wycieczki mają to do siebie, że są objazdowe, a podczas nich czas wolny jest bardzo ograniczony i zazwyczaj waha się od 20 minut do 1,5 godziny. To dość krótko, szczególnie w sytuacjach, gdy się okazuje, że dane miejsce się nam na tyle spodobało, że chętnie spędzilibyśmy tam cały dzień. Plan wycieczki obejmował odwiedzenie 5 miejsc:
1. Paleokastritsa – a tu miasteczko leżące nad najpiękniejszą zatoką Korfu. Tam dodatkowo odbywał się rejs łódkami między skałkami, co przyznam, było chyba najfajniejszym wydarzeniem tego dnia. Na miejscu pozostaje jakoś godzina wolnego czasu, dlatego albo można wykąpać się w morzu, albo przespacerować na górę, aby odwiedzić monastyr. Wstęp jest bezpłatny.
2. Destylarnia Mavromatis – czyli miejsce, w którym produkowany jest likier z owocu Koum Quat. Likier dostępny jedynie na wyspie Korfu, zatem gdy ktoś jest degustatorem i ma ukończone 18 lat (aby nie było, że zachęcam do picia alkoholu niepełnoletnich!) polecam spróbować. Mi osobiście przypadł do gustu ten smak, jednakże nie na tyle, bym miała tym trunkiem poić się cały wieczór 😀 Na miejscu jest również sklep firmowy, gdzie poza alkoholem można zakupić inne wyroby z tego owocu, jak dżemy, czy prze-najróżniejsze słodycze i jeśli chodzi o ceny, są one minimalnie mniejsze (ok. 50 centów) w porównaniu z tymi w sklepach w różnych miasteczkach.
3. Achillion – czyli wizytacja na herbatce u Cesarzowej Sissi 😀 Pałac można zwiedzić za dodatkową opłatą (5euro) i jest to nawet ciekawa atrakcja. W tym miejscu była kręcona również jedna z serii Bonda (oczywiście nie cały film), zatem może ta informacja przyciągnie miłośników tego filmu na zwiedzanie 😀
4. Półwysep Kanoni – atrakcją wpisaną na kartkę przez przewodnika, jest widok na Mysią Wyspę i klasztor na wodzie Vlacherna, ale myślę, że największą atrakcją jest tam pas startowy lotniska i oglądanie lądujących i startujących samolotów. Lotnisko na Korfu jest jedno, a tych lotów tak naprawdę jest mnóstwo, dlatego było co oglądać. Pas startowy znajduje się w zatoczce i z jednej strony ma wodę (akurat z tej, co ja miałam okno, przez co już myślałam, że będziemy wodować <tu mój śmiech, ogromnym, bo inaczej nie jestem w stanie tego opisać, oczywiście śmiech z samej siebie i mojej paniki>). Ryk silników i ta adrenalina, kiedy w końcu usiądzie na ziemi, bądź ruszy do startu, to było to. Nie ukrywam, stałam i się gapiłam 😀 Ponad to, mieliśmy w tym miejscu postój jedynie 25 minutowy, zatem czasu nie starczyłoby, aby dojść gdziekolwiek, coś zobaczyć i wrócić, dlatego pozostały samoloty.
Ostatnim miejscem, było miasto Korfu, w którym tak naprawdę zobaczyliśmy cerkiew, w której znajdują się relikwie św. Spirydona i po tym zaczął się nasz czas wolny. Z planowanych 2 godzin, jakie mieliśmy mieć na swobodne chodzenie, zrobiło się 90 minut. Wygłodzeni wygodnie rozsiedliśmy się w restauracji i po wszystkim zostało 30 minut na zwiedzenia, czyli niewiele. Przeszliśmy się wąskimi uliczkami, po drodze zgarniając lody (które okazały się ładniej wyglądać niż smakować) i tak zakończył się nasz pobyt w tym mieście.
Plusem naszej wycieczki była zdecydowanie przewodniczka, która była młodą dziewczyną. Mówiła z werwą i w taki młodzieżowy sposób, zachęcający do słuchania i chłonięcia wiedzy, którą chciała przekazać. A w dodatku podczas przejazdów z miejsca do miejsca, uczyła nas podstawowych greckich słów i jak zamawiać słynną u nich kawę frappe.
Ale, do czego dążyłam tym dłuższym opisem wycieczki. Jeśli macie fundusze, proponuję zwiedzić część tych miejsc na własną rękę. Wypożyczenie sprzętu do jazdy – skutera, quad’a, samochodu, to koszta ok. 40 euro za dzień, ale dzięki temu będziecie mogli pozostać na dłużej w danym miejscu. O ile pobyt w destylarni, czy zwiedzanie pałacu cesarzowej to są punkty, które wiele czasu wolnego nie wymagają, o tyle fajnie było spędzić kilka godzin, a nie zaledwie godzinę, nad najpiękniejszą zatoką Korfu. Dodatkowo, mając mapę wyspy, można sobie śmiało zaplanować jak chcecie spędzić cały dzień i odwiedzić np. kilka miejsc i nie prażyć dupci na jednej plaży, a np. na trzech różnych jednego dnia i dzięki temu posmakować kuchni w różnych miejscach 😉 Dodatkowo, warto sprawdzić rozkład autobusów, jakie kursują  w Waszych miastach. Gdzie jeżdżą, o której godzinie są wyjazdy i powroty. Z mojego miasta, czyli Agios Stefanos, autobusy kursowały do Korfu, zatem tu nie trzeba już wypożyczać auta, a można śmiało skorzystać z ich komunikacji z nieporównywalnie niższymi kosztami transportu, a dzięki temu spędzić cały dzień w stolicy wyspy.

 

I teraz kilka kwestii ogólnych i nieco finansowych, bo takie pytania po powrocie mi się zdarzały. Na wakacje poleciałam z biurem podróży Rainbow (i to nie jest reklama, spokojnie). Dwa lata temu poleciałam z nimi do Hiszpanii i tak naprawdę, oglądając teraz oferty, mieli najsensowniejsze ceny (czyli na kieszeń i moją i mojego chłopaka). Ale, co do wyboru wycieczki, a bardziej już zakupu wycieczki, jeśli możecie wyjechać z dnia na dzień lub wziąć urlop z dnia na dzień, ewentualnie, uprzecie się na wyjazd na konkretny dzień (tu już mam na myśli terminy, w których są wyloty), poczekajcie z zakupem wycieczki na ostatnią chwilę. Oczywiście, nie jest to rada dla rodzin z dziećmi, a bardziej dla par, które mogą sobie na to pozwolić i na to ryzyko, że dana wycieczka im zwieje, ale w zakładce obok jest alternatywa.
Moją wycieczkę wykupiliśmy w poniedziałek po 13, wylot był we środę (z Hiszpanią mieliśmy podobnie, wykupiliśmy o podobnej porze we czwartek, a wylot był w sobotę). Ofercie przyglądaliśmy się już kilka dni. Jej cena ciągle skakała, a to 1400, a to 1800, 1410, 1810. Cena zawsze rosła po 15, a o poranku była ta przyjemniejsza kieszeni. W weekend utrzymywała się najwyższa, w poniedziałek przed 12, nagle jeszcze inna, ok. 1200, po chwili znów 1400, a na happy hours spadła ostatecznie do 1080 i za tę cenę zakupiliśmy. Nie piszę tutaj, aby chwalić się ile to pieniędzy poszło na wakacje, a żeby Wam zarysować sytuację, jak potrafią skakać ceny i jak można za taką wycieczkę przepłacić. Jak widzicie – różnica od początkowej ceny do ostatecznej to prawie 800 złotych! A warto wyczekać, gdyż te same pieniądze, co mogłyby pójść dla biura podróży, można później wydać na miejscu 😉
Nasz hotel to były apartamenty – skromny wystrój pokoju, aneks kuchenny, łazienka oraz duży balkon. Nie zależało nam ani na luksusach (przecież i tak większość dnia tam nas nie ma) ani na opcji all inclusive, gdyż nie chcieliśmy się czuć przywiązani do hotelu jedzeniem, a móc popróbować potraw w restauracjach (tak płaci się sporo więcej za wycieczkę i nagle szkoda iść codziennie do restauracji, bo przecież nie po to jest ta wykupiona szama, w dodatku, z tego co czytaliśmy w opiniach o hotelach z opcją żywieniową, że jedzenie albo ma mało wspólnego z kuchnią grecką, albo jest monotonne).
Dzięki temu, że mieliśmy nocleg bez wyżywienia codziennie rozkoszowaliśmy się smakami kuchni greckiej i tym, którzy trafią do Agios Stefanos zdecydowanie polecam restaurację Zorba 😉
Pytacie, czy drogo? 
Zależy dla kogo. Powiem tak, nastawiałam się na wyższe wydatki, jeśli chodzi o jedzenie. Lunch dwie osoby spokojnie zjedzą za 20 euro z napojami (i to była kwota, którą zapłaciliśmy, gdy ja wzięłam drinka i zostawiliśmy napiwek), kolację 25-30 euro za dwie osoby (tu z 0,5 litrową karafką wina oraz napiwkiem). Dania głównie były do 10 euro, 12 to musiał być naprawdę wyjątkowy posiłek. Zakupy w sklepach lokalnych, wiadomo, po przeliczeniu euro na złotówki wychodzą drożej, jednakże bez ogromnych różnic. Ocenę, czy było drogo, pozostawiam Wam.
A, i ceny wycieczek. Te z biura Rainbow, to 40-45 euro, czasem trzeba liczyć się dodatkowymi kosztami, jak u nas w przypadku pływania łódką 8 euro i zwiedzanie pałacu 5 euro. To są już oczywiście dodatkowe atrakcje i nie każdy musi na nie się wybrać, co wiąże się z tym, że nie ponosi dodatkowych kosztów. Można oczywiście pojechać również lokalnymi biurami podróży i ceny wtedy wychodzą jakoś 10 euro mniej za osobę, z tego co się orientowaliśmy. Bądź najlepiej wybrać opcję, o której pisałam wcześniej i za te cenę wypożyczyć jakiś pojazd i objechać samemu wyspę, Z pewnością znacznie większa frajda i jeśli miałabym kiedykolwiek wrócić na Korfu, to właśnie tak bym zrobiła 🙂
Jeśli macie jakieś pytania, piszcie śmiało! Tymczasem ja Was żegnam i widzimy się przy okazji kolejnego wpisu!
Buziaki!

Comments

comments

One thought on “Instagram story #11

Dodaj komentarz